Lata z rzędu.
Dom, w którym teraz dumnie stał, trzymał na swoim miejscu kobieta, którą wyrzucił z walizką.
Gospodyni wzięła torbę.
— Nie mieszałam się z powodu długów, Mihai. Mówiłeś mi, że jesteś stabilny, że wszystko jest uregulowane.
— Czekaj… możemy to uregulować…
— Jak? Jakimi pieniędzmi?
Nie czekał na odpowiedź.
Zatrzasnął drzwi.
Po raz pierwszy od trzydziestu ośmiu lat dom był naprawdę pusty.
Mihai usiadł na krześle w kuchni. Na tym samym krześle, na którym Elena postawiła talerz gorącej zupy. W tym samym miejscu, gdzie pytała go, czy chce więcej chleba.
Rozejrzał się.
Stare meble. Zasłony, które wybrała. Ikona na ścianie, powieszona na ślubie.
Wszystko, co uważał za „swoje”, tak naprawdę zbudowali razem.
Następnego ranka do niej zadzwonił.
Nie odpowiedziała.
Dowiedział się od sąsiada, że Elena mieszka z siostrą w małym mieszkaniu w Ploeszti. I, o dziwo, wydawała się spokojna.
Po raz pierwszy od dawna, spokojna.