Ionuț chodził od drzwi do drzwi. Nie z pistoletem. Ale ze spuszczoną głową. Mówił prawdę. Pokazał test. Przyznał się do błędu.
Niektórzy narzekali. Inni milczeli.
Ale coś się zmieniło.
Na chrzciny przyszli wszyscy. Z obrączkami, z kopertami ze 100 lub 200 lei, z życzeniami.
Ionuț trzymał dziecko na rękach, przed kościołem.
I zrozumiał coś prostego.
To nie plotki niszczą rodzinę.
To brak zaufania.
Ich dom nie był już pusty.