Tego samego dnia Maria spakowała swoje rzeczy.
— Dokąd mam iść? — zapytała, już w tonie ofiary.
— Dokąd chcesz. Ale nie tutaj.
Nie krzyczała. Nie przeklinała. Otworzyła drzwi i czekała. Wyszła, nie oglądając się za siebie.
Nadeszły ciężkie miesiące. Ion pracował na polu, naprawiał ogrodzenia, rąbał drewno, nosił worki. Matka siedziała na słońcu, na ławce, dziergając skarpety. Sąsiedzi zaczęli przychodzić — z garnkiem jedzenia, słowem pocieszenia, z szacunkiem.
— Chłopak jakich mało — mówili.
Pewnego jesiennego wieczoru Ion siedział na ganku obok matki. Niebo było pełne gwiazd.
— Mamo, wybacz, że nie wiedziałem — powiedział cicho.
Ona pogładziła jego dłoń.