Ion wrócił do domu z ciężkim sercem. Od kiedy pamiętał, wojna zostawiła w nim blizny, nie tylko na ciele, ale i w duszy. Po latach służby, marzył o spokoju, o chwili wytchnienia wśród własnej rodziny. Jednak rzeczywistość, która go powitała, była zaskakująco brutalna.
— Bo… nie było miejsca — powiedziała cicho Maria, nie patrząc mu w oczy. — Dom jest mały, a twoja matka przynosi nam tylko pecha.
Ion poczuł, jak krew uderza mu do głowy. Zastygnął na kilka sekund, pięści zacisnięte, serce bijące jak młot. Nie krzyczał. Nie uderzył. Jego milczenie ważyło więcej niż każde słowo, każda ręka.
— Pech? — zapytał spokojnie, lecz głos miał twardy jak stal. — Pech, bo wysyłałem pieniądze co miesiąc? Pech, że pracowałem jak wół na froncie? Czy pech, że matka wychowała mnie samotnie, z popękanymi dłońmi i pustym brzuchem?