Maria wzruszyła ramionami.
— Jest stara. Nie widzisz? Ciebie tu nie ma. Ja pracuję. Ona je, narzeka, modli się cały dzień… Mam dość.
Ion odwrócił się i wyszedł z domu. Wszedł do stodoły. Zdjął wojskowy płaszcz i położył go na ramionach matki.
— Mamo, chodź do domu — powiedział prosto.
— Nie, synu… będzie gorzej… — szepnęła drżącym głosem.
Ion podniósł ją w ramiona. Była lekka jak dziecko. Zbyt lekka. Czuł, jak coś pęka w jego sercu na zawsze.
Przeniósł ją do domu i położył na dużym łóżku w sypialni. Maria zrobiła krok w tył.
— Tutaj nie, Ion…
— Tutaj — odpowiedział krótko. — To mój dom. I jej dom.
Nazajutrz rano Ion poszedł do lekarza, potem do urzędu gminy, a potem do banku. Wyjął wszystkie swoje oszczędności — dwadzieścia tysięcy lei. Niewiele, ale wystarczająco, by rozpocząć wszystko od nowa.