Minęły lata. Dziesięć lat.
Zestarzałem się przedwcześnie. Siwiałem, garbiłem się, a noce stawały się dłuższe niż dni. Nic nie wiedziałem o Marii. Nawet nie próbowałem się dowiedzieć. Bałem się. A może wstydziłem.
Pewnego wiosennego poranka odebrałem telefon.
„Pan Adrian Moraru?”
„Tak.”
„Dzwonię ze szpitala powiatowego. Młoda kobieta o imieniu Maria Moraru została wyznaczona jako osoba kontaktowa.”
Wypuściłem telefon z ręki.
Dotarłem do szpitala z bijącym sercem. Znalazłem ją w białym łóżku, chudą, z bladą twarzą. Kiedy mnie zobaczyła, jej oczy napełniły się łzami.
„Ojcze…”