Ręce mi się trzęsły, gdy je czytałem. Każdy wers był jak policzek. Ana napisała do niego o tym, jak kochała go przede mną. Jak bardzo się myliła. Jak nie wiedziała, czy kiedykolwiek powie mi prawdę. Ostatni list był najbardziej bolesny: „To dziecko nie jest twoje”.
Poczułem, jak ciemnieje mi przed oczami. Jakby ktoś wlał mi ołów w pierś.
Cały gniew, cały ból, cała pustka po jej śmierci zebrały się w jeden punkt. I rzuciłem to w Marię.
Nie myślałem wtedy, że przez dziesięć lat nazywała mnie „ojcem”.