— Nie szukam nikogo — odpowiedziała po prostu.
Przez następne kilka tygodni pojawiała się co jakiś czas. Nie codziennie. Nie natarczywie.
Czasami zabierała mnie do pracy. Innym razem po prostu siedzieliśmy i rozmawialiśmy przez dziesięć minut.
Dowiedziałem się, że jest właścicielką kilku firm. Że pojawiała się w magazynach biznesowych. Że ma więcej pieniędzy, niż mógłbym sobie wymarzyć.
Ale nie mówiła o tym arogancko.
Pytała mnie o moje egzaminy. O moje plany. O to, jak to jest pracować za każdą złotówkę.
Pewnego wieczoru, po tym, jak skończyłem ostatnie zajęcia w roku, czekała na mnie przed wydziałem.
— Zdałeś?
— Z marketingiem na poziomie 9,50 — powiedziałem z dumą.
— To powinniśmy świętować.
Zabrał mnie do restauracji, gdzie obiad kosztował połowę mojego czynszu.
Czułem się niezręcznie. Zauważył to.
— Eleno, nie próbuję ci zaimponować pieniędzmi.
— A czym?
Spojrzał mi prosto w oczy.