Policzki Evelyn napięły się. „Nie. Nie, oczywiście, że nie” – powiedziała szybko. Potem znów odwróciła się do mnie, uśmiechając się krzywo. „Claire, kochanie, zawstydzasz mnie”.
„Ośmieszyłeś się, mówiąc gościom, że „praktycznie jesteś właścicielem” mojej restauracji, a ja jestem tylko służącym”.
Kilka osób poruszyło się na krzesłach. Ktoś odchrząknął. Kobieta w czerwonej sukience spojrzała między nas, jakby zdała sobie sprawę, że prawdziwą rozrywką nie jest muzyka.
Oczy Evelyn błysnęły. „To był żart” – warknęła, po czym złagodziła ton. „Jesteśmy rodziną. Takie rzeczy się źle rozumieją”.
„Rodzina nie oznacza wolności” – odpowiedziałem.
Jeden z moich kelnerów przeszedł obok, z wyprostowanymi ramionami. Moi pracownicy ewidentnie słuchali, udając, że nie słuchają.