Znalazłem ją na środku sali, ubraną w perłowo-białą suknię, śmiejącą się głośno, jakby sala zasługiwała na jej uwagę. Jej przyjaciele – kobiety w eleganckich sukienkach i mężczyźni w eleganckich marynarkach – trzymali nasze drinki jak dodatki.
„Kochanie!” zawołała, gdy mnie zauważyła, machając, jakbym była pracownikiem. „Chodź, chodź. Musisz poznać wszystkich”.
Zmusiłam się do uprzejmego uśmiechu. „Cześć, Evelyn. Nie wiedziałam, że organizujesz kolejne wydarzenie”.
„Och, nic takiego” – powiedziała radośnie. „Po prostu małe spotkanie. Wiesz, jak to jest”.
Wiedziałam dokładnie, jak to jest. Zaledwie kilka dni wcześniej zorganizowała tu „rodzinną uroczystość” – bez umowy, bez zaliczki, bez płatności. Tylko obietnice, uściski i szybkie wyjście, zanim ktokolwiek zdążył ją powstrzymać. Pokryłam koszty, bo mój mąż Ethan błagał mnie, żebym „nie robiła z tego afery”.
Dzisiejszy tłum był zamożniejszy. Głośniejszy. Bardziej wredny.
W połowie kolacji Evelyn stuknęła palcem w kieliszek. Rozmowy ucichły.
Wstała i uśmiechnęła się jak ktoś występujący na scenie.