Evelyn wcisnęła kartę Mai. „Weź ją. Uruchom. Nieważne.”
Maya się nie poruszyła. Spojrzała na mnie.
Skinąłem lekko głową.
Maya wzięła wizytówkę i wyszła z pokoju ze spokojem i skutecznością kogoś zamykającego teczkę. Goście znów zaczęli szeptać. Jedna z kobiet nachyliła się do partnera i zaczęła szeptać. Inny gość – starszy mężczyzna poprawiający marynarkę – niezręcznie wstał.
„Cóż” – powiedział sztywno – „dzisiejszy wieczór z pewnością przybrał nieoczekiwany obrót”.
Rozległo się kilka niespokojnych śmiechów. Krzesła zaszurały po podłodze. Towarzystwo zaczęło się rozpływać – nie z łagodnymi pożegnaniami, typowymi dla udanego spotkania, ale z pospieszną uprzejmością ludzi uciekających przed skandalem.
Evelyn patrzyła, jak odchodzą, a jej twarz napinała się z każdym odchodzącym gościem. To była prawdziwa kara. Nie pieniądze – uraz towarzyski. Historia rozniesie się szybciej niż rachunek.
Kiedy Maya wróciła, wręczyła mi teczkę z paragonem. „Zatwierdzone” – powiedziała cicho. „Pełna kwota. Napiwek wliczony”.
Evelyn lekko się zgarbiła, jakby przegrała walkę, której się nie spodziewała. „Szczęśliwa?” – zapytała mnie gorzko.
„Nie” – powiedziałem. „Ulżyło mi. To różnica”.