Na tabliczce widniał napis: „Weteran, bezdomny. Każda pomoc mile widziana. Niech Bóg cię błogosławi”. Paul stał tam, jakieś 6 metrów od niego, obserwując. Mężczyzna śpiewał z zamkniętymi oczami. Jego palce poruszały się po strunach gitary z zaskakującą zręcznością, mimo że gitarze brakowało jednej struny i wyglądała, jakby miała się rozpaść, gdyby za mocno na nią dmuchnąć.
Śpiewał, jakby był sam na świecie, jakby to była jedyna rzecz, która miała znaczenie. Kiedy znajduję się w tarapatach, Matka Boska przychodzi do mnie i mówi mądre słowa. Niech tak będzie. Jego głos łamał się na wysokich tonach. Potykał się przy zmianach akordów, ale było coś w sposobie, w jaki śpiewał te słowa. Czasy kłopotów. Matko Boska, niech tak będzie. Jakby je rozumiał, jakby je przeżył. Jakby nie były dla niego tylko tekstem. Były sposobem na przetrwanie.
Paul poczuł ucisk w piersi. Słyszał „Let It Be” w wykonaniu tysięcy razy – profesjonalistów, amatorów, chórów i orkiestr, a także pijaków w barach karaoke.
Ale ten człowiek, ten bezdomny weteran siedzący na zimnych, kamiennych schodach z rozbitą gitarą i zdesperowanym wzrokiem, śpiewał to jak modlitwę, jakby tylko to trzymało go przy życiu. Paul podszedł powoli, starając się nie zwracać na siebie uwagi. Kilka osób zatrzymało się, żeby posłuchać.