I wtedy — niczym cud, którego Graham nie był pewien, czy wolno mu być świadkiem — Lena się roześmiała.
To nie był grzeczny śmiech. Ani wymuszony.
To był jej dawny śmiech. Ten, który wybuchał, gdy Addison łaskotała ją po żebrach, ten, który sprawiał, że Graham wołał z kuchni: Co was tak śmieszy? — tylko po to, żeby usłyszeć go jeszcze raz.
Grahamowi ścisnęło się gardło. Oczy zapiekły.
Stał w drzwiach, nieruchomy, bojąc się, że jeśli się poruszy, ta chwila rozbije się jak szkło.
Oliver spróbował ponownie. Tym razem trzy nuty. Lena odpowiedziała cichym akordem, który naprawdę brzmiał, jakby był na swoim miejscu.
Mara klasnęła raz, cicho.
— Właśnie tak. Dokładnie tak.
Kącik ust Olivera drgnął. Nie całkiem uśmiech. Ale blisko.
Graham nie wytrzymał.
Jego but przesunął się po drewnianej podłodze, zdradzając go cichym skrzypnięciem.
Wszystkie trzy głowy odwróciły się jednocześnie.
Dłonie Mary opadły na kolana. Oliver zesztywniał. Palce Leny ześlizgnęły się ze strun.
W jednej chwili atmosfera w pokoju się zmieniła — jakby przyłapano dziecko na czymś zakazanym.
Graham zrobił kilka powolnych kroków do przodu. Jego głos zabrzmiał szorstko.
— Co… to jest?
Mara wstała, wycierając dłonie o dżinsy, jakby klęczała w ziemi.
— Panie Hale—
— Graham — poprawił ją odruchowo, po czym znienawidził, jak intymnie to zabrzmiało.
Mara szybko skinęła głową.
— Graham. Nie wiedziałam, że pan jest w domu.
— Widzę — rzucił, a jego wzrok powędrował ku instrumentom. — Dlaczego moje dzieci… grają na instrumentach?
Twarz Olivera poczerwieniała.
— To był jej pomysł.
Oczy Leny się rozszerzyły.
— Nie — czekaj —
Mara uniosła dłoń w uspokajającym geście.
— To był mój pomysł.
Głos Grahama stwardniał.
— Jest pani pomocą domową.
— Tak.