Dźwięk dochodził z ogrodu zimowego. Najjaśniejszego pomieszczenia w domu, tego, które Addison kochała, bo zimowe światło wlewało się tam jak miód. Graham nie był tam od miesięcy. Ostatnim razem na stole wciąż stał wazon z suszonymi kwiatami i nie mógł złapać tchu.
Teraz, gdy muzyka płynęła korytarzem, jego pierś ścisnęła się z zupełnie innego powodu.Poruszał się cicho, prowadzony dźwiękiem.
To, co zobaczył, sprawiło, że zatrzymał się, jakby uderzył w ścianę.
Oliver siedział na wózku inwalidzkim, a przed nim na stojaku ustawiona była niewielka klawiatura. Jego dłonie — często sztywne, często drżące — unosiły się nad klawiszami, naciskając po jednym dźwięku z zawziętą koncentracją.
Obok niego była Lena z gitarą na kolanach, palcami powoli pracującymi na strunach. Jej postawa była wyprostowana bardziej, niż Graham widział od tygodni, a podbródek uniesiony, jakby na chwilę zapomniała, że powinna wyglądać na pokonaną.
A przed nimi, klęcząca na dywanie, jakby to było jej miejsce, była Mara.
Nie sprzątała.
Nie składała ręczników.
Prowadziła ich.
— Dobrze — powiedziała Mara łagodnie. — Spróbujmy jeszcze raz ten fragment. Ollie, lewa ręka idzie ci świetnie. Nie spiesz się — pozwól jej po prostu opaść.
Oliver zmarszczył brwi.
— To trudne.
— Wiem. — W głosie Mary nie było litości. Nie złagodniał do tego okropnego tonu, jakiego ludzie używali, mówiąc do takich dzieci jak on. Brzmiała… normalnie. Stabilnie. Jak ktoś, kto wierzy, że on naprawdę da radę.
Lena szarpnęła strunę zbyt mocno i zabrzęczała.
Skrzywiła się.
— Och. Nienawidzę tego.
Mara nawet nie drgnęła.
— Nie nienawidzisz tego. Nienawidzisz tego, że jeszcze cię nie słucha.
Lena mrugnęła, zaskoczona, i zamilkła.Mara wskazała palcem na jej dłonie.
— Spróbuj delikatniej. Twoje ręce nie muszą walczyć. Mogą negocjować.
Oliver prychnął.
— Moje ręce nie negocjują.
Mara uśmiechnęła się.
— To je tego nauczymy.