Uśmiechnęłam się. „Dom już nie istnieje, droga dziewczynko. Dom jest tam, gdzie nie boję się spać”.
Od tamtej pory mieszkam w Braszowie. Wynająłem małą kawalerkę, poznałem nowych przyjaciół i każdego ranka chodzę na targ, piję kawę i rozmawiam z ludźmi.
Nigdy więcej nie postawiłem stopy w tym wielkim domu w Bukareszcie.
Ale pewnego dnia, na poczcie, młoda kobieta rozpoznała mnie z artykułu w gazecie. Powiedziała do mnie:
„Proszę pani, wie pani, pani historia dodała mi odwagi. Ja też opuściłem dom, rodzinę, która mnie zraniła”.
Poczułem łzy w oczach, ale to były dobre łzy. Łzy wyzwolenia.
Zrozumiałem wtedy, że nie straciłem wszystkiego. Może Bóg nie chciał, żebym był bogaty. Chciał tylko, żebym był wolny.