Następnego ranka, wczesnym rankiem, obudziłam się przed nimi, wzięłam torbę i wyszłam, nie oglądając się za siebie.
Poszłam na dworzec, a następnie wsiadłam w pierwszy pociąg do Braszowa.
Po drodze, patrząc przez okno, zaczęłam płakać. Nie z powodu pieniędzy, nie z powodu dokumentów, ale z powodu wszystkiego, co straciłam: zaufania, spokoju, miłości rodzinnej.
W Braszowie zatrzymałam się w małym pensjonacie, gdzie właścicielka, kobieta po sześćdziesiątce, zapytała mnie, dlaczego jestem sama. Opowiedziałam jej część historii, a ona, nic nie mówiąc, przyniosła mi herbatę i powiedziała:
„Czasami, droga pani, Bóg wybiera z naszego otoczenia niewłaściwych ludzi, zostawiając tylko dobrych”.
Jej słowa utkwiły mi w sercu.
Postanowiłam sprzedać farmę w Argeș i przekazać część pieniędzy na ośrodek dla dzieci. Resztę wpłaciłam na konto, ale nie na żadne z moich dzieci. Na moje, tylko na moje.
Po kilku miesiącach Livia mnie szukała. Błagała, żebym wróciła, ale w jej głosie nie było już tego ciepła, co kiedyś.
„Mamo, Anton się mylił, ale kochamy cię. Wróć do domu”.