— Daję ci całą kwotę. Czterysta pięćdziesiąt tysięcy rubli. Tu jest to wpisane, w pierwszym punkcie — Daria stuknęła paznokciem w linijkę. — Ty z kolei zobowiązujesz się oddać mi całość w ciągu dwóch lat. To dwadzieścia cztery miesiące. Miesięczna rata wyjdzie trochę mniej niż dwadzieścia tysięcy. Ale z jednym dodatkiem. Tu jest procent. Równy oprocentowaniu twojego kredytu w banku. To uczciwe. Ja nie jestem fundacją charytatywną — ja po prostu zastępuję twojego wierzyciela. Nic nie tracisz.
Twarz Swietłany zaczęła się wydłużać. Patrzyła na siostrę tak, jakby widziała ją pierwszy raz w życiu.
— Ty… ty chcesz, żebym ci jeszcze odsetki płaciła? Własnej siostrze?
— A czemu nie? — wzruszyła ramionami Daria. — Przecież płaciłaś je bankowi. Jaka różnica, komu płacić? To nie są moje prywatne pieniądze — to pieniądze naszej przyszłej rodziny, moje i Andrzeja. Rezygnujemy z wesela, żeby ci pomóc. I chcemy mieć pewność, że te pieniądze do nas wrócą.
Irina Pietrowna, która dotąd milczała, poczerwieniała.
— Co ty sobie powymyślałaś? Jakie umowy w rodzinie? Jakie odsetki? Zwariowałaś?
— Nie, mamo. Właśnie odzyskałam rozum — Daria przeniosła na nią swoje chłodne, jasne spojrzenie. — I to jeszcze nie wszystko. Jest ostatni punkt. Najważniejszy. Ponieważ u Swiety, jak wiemy, sytuacja finansowa jest niestabilna, umowa potrzebuje gwaranta. Poręczyciela. Osoby, która weźmie na siebie zobowiązania spłaty długu, jeśli Swieta nie będzie mogła albo nie będzie chciała płacić.
Zrobiła pauzę, patrząc matce prosto w oczy.
— A ty, mamo, będziesz poręczycielem. Jeśli Swieta nie płaci, dług przechodzi na ciebie. Z zabezpieczeniem w postaci twojego udziału w działce z domkiem. Przecież jesteśmy jedną rodziną, prawda? Pomagamy sobie, ale i odpowiadamy za siebie. Sama wczoraj mówiłaś, że mamy stać za sobą murem. To to potwierdź. Nie słowami, tylko czynem. — Lekko popchnęła papiery i długopis w stronę matki. — Podpiszesz, mamo? Dla Swiety.
Przez kilka sekund w kuchni zapanowała absolutna, gęsta cisza. Irina Pietrowna patrzyła na papiery, potem na młodszą córkę, potem znów na papiery. Jej mózg, przyzwyczajony do działania w kategoriach wyrzutów, poczucia winy i emocjonalnego szantażu, odmawiał przyjęcia chłodnej logiki drukowanych liter. To było nie tak. To było obce. Tak się nie robi.