Sztuka 1: Ołtarz Oszustwa
Cisza w katedrze św. Judy nie była spokojna; była ciężka, dusząca i przesiąknięta osądem.
Stałam przy ołtarzu, ściskając w dłoniach bukiet białych róż tak mocno, że kolce zaczynały przebijać jedwabną wstążkę i wbijać się w moje dłonie. Ból był obezwładniający. To była jedyna rzecz, która powstrzymywała mnie przed zemdleniem.
Minęło czterdzieści pięć minut.
Organista przestał grać preludium dwadzieścia minut temu. Teraz jedynym dźwiękiem w tej jaskiniowej, sklepionej przestrzeni był ruch czterystu ciał w drewnianych ławkach i przytłumione, zgorszone szepty, które przetaczały się przez tłum niczym wzbierająca fala.
„Uciekł?” – wyszeptał ktoś w trzecim rzędzie.
„Słyszałem, że nawet nie pochodzi z dobrej rodziny” – syknął inny głos. „Pielęgniarka. Wyobrażasz sobie? Ryan Vance zadowala się pielęgniarką?”
Patrzyłam prosto przed siebie, wbijając wzrok w witraż przedstawiający męczennicę. Sama czułam się jak jedna z nich.
Spojrzałam na swoją sukienkę. To była Vera Wang, kupiona nie za moje pieniądze, ale za kartę kredytową Ryana – o czym jego matka przypominała mi za każdym razem, gdy chodziłyśmy na przymiarkę. „Nie rozpruj jej, Maya” – mawiała. „Kosztuje więcej, niż twój ojciec zarabia rocznie”.
Mój ojciec zmarł trzy lata temu. Dziś nie miałam nikogo przy sobie. Żadnej rodziny, która trzymałaby mnie za rękę. Tylko morze obcych – współpracowników, na których Ryan chciał zrobić wrażenie, bywalców salonów, których jego matka chciała naśladować, i elity miasta, które patrzyły na mnie jak na plamę na diamencie.
Zaryzykowałam spojrzenie w stronę pierwszego rzędu.
Pani Vance siedziała tam, olśniewająca w srebrnej sukni, która sama w sobie wyglądała podejrzanie jak suknia ślubna. Nie sprawdzała telefonu. Nie załamywała rąk zmartwiona o zaginionego syna.
Uśmiechała się.