To był delikatny, wymuszony uśmiech, taki, jaki kot nosi, gdy zapędzi mysz w kozi róg. Przyciągnęła moje spojrzenie i uniosła brwi, w milczącym geście: Mówiłam ci.
Ścisnął mi się żołądek. Ryan powiedział mi, że spóźnia się z powodu „nagłego wypadku w pracy”. Powiedział, że musi wpaść do biura, żeby podpisać ostatni dokument fuzji. „To nasza przyszłość, kochanie” – napisał mi godzinę temu. „Tylko na mnie zaczekaj”.
Więc czekałem. Jak głupi.
Spojrzałem w głąb kościoła, szukając wyjścia, szukając powietrza.
W ostatniej ławce, spowitej cieniem chóru, siedział mężczyzna, który tu nie pasował.
Julian Thorne.
Był prezesem Titan Corp, wielomiliardowego konglomeratu, w którym Ryan pracował jako menedżer średniego szczebla. Ryan wysłał mu zaproszenie jako „Zdrowaś Maryjo”, nie spodziewając się, że przyjdzie. Julian Thorne nie chodził na wesela. Nie chodził na imprezy. Był widmem – błyskotliwym, bezwzględnym, samotniczym miliarderem, który rządził miastem ze szczytu swojej szklanej wieży.
A jednak był tutaj.
Był ubrany w czarny garnitur, który pochłaniał otaczające go światło. Nie patrzył na telefon. Nie patrzył na wyjście. Patrzył prosto na mnie.
Jego wzrok był intensywny, nie mrugał. Nie było w nim litości, którą widziałem w oczach innych gości. Było w nim coś innego. Oczekiwanie. Kalkulacja. To było spojrzenie arcymistrza obserwującego pionka wpadającego w pułapkę.