Najgorsze w wejściu do pokoju pełnego ludzi, którzy życzą ci śmierci, jest to, że czujesz to tak intensywnie. Nie chodzi o temperaturę, nie o klimatyzację – chodzi o nienawiść. Otula cię niczym niewidzialne owady i sprawia, że włosy stają ci dęba.
Dokładnie tak się czułem, kiedy otworzyłem ciężkie dębowe drzwi kancelarii prawnej Theodore'a Banksa tego wtorkowego poranka we wrześniu.
Moja matka zobaczyła mnie pierwsza.
Vanessa Parker siedziała w skórzanym fotelu, który prawdopodobnie kosztował więcej niż mój roczny czynsz. Miała na sobie czarny kostium Chanel, który wręcz krzyczał „synowa pogrążonej w żałobie wdowy”, mimo że przez ostatnie pięć lat prawie nie rozmawiała z moim dziadkiem. Jej blond włosy były ciasno związane, a na jej twarzy malował się starannie wyreżyserowany wyraz żalu, który nie sięgał jej zimnych, niebieskich oczu.
Kiedy jej wzrok padł na mnie, jej idealnie umalowane, czerwone usta wygięły się w uśmiechu.
Ten uśmiech sprawił, że ścisnęło mnie w żołądku.
„Madison” – powiedziała, udając słodycz w głosie. „Jakie to nieoczekiwane. Nawet nie wiedziałam, że jesteś zaproszona”.
Mój ojciec, Gregory Parker, siedział obok niej.
Wyglądał na starszego, niż pamiętałam. Pięć lat by wystarczyło, pomyślałam. Jego ciemna skóra miała więcej zmarszczek wokół oczu, a siwe włosy były prawie siwe. Miał na sobie drogi granatowy garnitur i krawat – ten sam mundur, który nosił codziennie w moim dzieciństwie.
Nie uśmiechnął się do mnie.
Wpatrywał się we mnie przez zaciśnięte zęby, jakbym była plamą na jego nieskazitelnym skórzanym fotelu.
„Pani Parker została specjalnie poproszona o przybycie” – powiedział Theodore Banks zza swojego ogromnego mahoniowego biurka.
Był wysokim, szczupłym mężczyzną po sześćdziesiątce, o miłych brązowych oczach i spokojnym głosie, który jakimś cudem sprawiał, że czułam się, jakbym nie tonęła.
„Proszę, usiądź, Madison”.
Jedyne wolne krzesło było między moimi rodzicami a bratem.
Bennett Parker garbił się w fotelu, jakby był właścicielem tego miejsca. W wieku 28 lat był wierną kopią naszego ojca – drogi garnitur, drogi zegarek, kosztowne zachowanie. Jego ciemne oczy patrzyły na mnie z ledwo skrywaną odrazą.
„Najwyraźniej nadal robisz zakupy w lumpeksach” – mruknął.