Poszła do łazienki. Zapaliła światło. Siniak był ciemniejszy niż zeszłej nocy. Jej warga była lekko spuchnięta. Sięgnęła po gąbkę do makijażu.
Zatrzymała się.
W lustrze zobaczyła coś więcej niż tylko ślady dłoni. Zobaczyła wszystkie wieczory, kiedy milczała. Wszystkie te chwile, kiedy powtarzała sobie „nie jest tak źle”. Wszystkie chwile, kiedy kurczyła się, by wpasować się w jego ciszę.
Z salonu dobiegał śmiech. Drzwi się otworzyły. „Wejdź, bracie!” Głos Mihaia był głośny, pewny siebie.
Ana odłożyła gąbkę.
Zmyła makijaż, którego nawet nie nałożyła. Opłukała twarz zimną wodą. Poczuła pieczenie. Poczuła, jak wstyd zmienia się w coś innego.
Z determinacją.
Wyszła z łazienki akurat wtedy, gdy Mihai nalewał piwo do szklanek.
Przy stole siedziało trzech mężczyzn. Spojrzeli na nią. Ich uśmiechy zgasły.
Siniak był wyraźnie widoczny. Warga też.
Mihai zamarł na ułamek sekundy.