„Stój!” krzyknął głośniej, niż zamierzał.
W autobusie zapadła całkowita cisza.
Dănuț wysiadł z taksówki i podszedł do niej powoli, ale jego oczy były wilgotne, a nie gniewne.
— Nie idź nigdzie. Proszę… wybacz mi. Nie poznałem cię. Nie tak miałam do ciebie mówić.
Staruszka podniosła wzrok, a w jej oczach nie było wyrzutu, lecz łagodność, która go rozbroiła.
— Kochanie, nie musisz… — zaczęła, ale Dănuț wykonał krótki gest dłonią.
— Tak. Musisz.
Pomógł jej usiąść na pierwszym miejscu, ostrożnie położył obok niej mokry płaszcz i nacisnął przycisk zamykający drzwi. Następnie zwrócił się do pasażerów.
— Chodźmy. Pani jedzie do szpitala.