Danut poczuł ucisk w żołądku. Jego dłonie zsunęły się z kierownicy, mokre nie od deszczu, lecz od wstydu, który go dotknął. Ta sama kobieta, która dekady temu wyciągnęła go z potencjalnie tragicznej sytuacji, stała teraz przed nim, przemoczona, drżąca, a on właśnie wypuścił ją z autobusu za kilka lejów.
Minęła między nimi długa, przytłaczająca chwila. Pasażerowie patrzyli to na staruszkę, to na kierowcę, jakby doświadczyli objawienia, którego nikt sobie nie wyobrażał.
Kobieta zrobiła krok w stronę drzwi, zdecydowana wysiąść, ale jej słabe nogi zdawały się odmawiać posłuszeństwa. Wtedy, bez namysłu, Danut nagle wstał.