Drzwi otworzyły się powoli.
W drzwiach stał mężczyzna w nienagannym mundurze wojskowym. Wyprostowany. Spokojny. Z poważnym, ale nie surowym wyrazem twarzy.
Mihai Ionescu.
Na jego ramieniu insygnia stopnia przemawiały głośniej niż jakakolwiek prezentacja na świecie.
W klasie zapadła całkowita cisza.
— Dzień dobry — powiedział wyraźnie. — Przyszedłem po mojego syna.
Spojrzenia dzieci przesunęły się z munduru na Dariusza, a potem z powrotem na mundur.
Nauczyciel spróbował się uśmiechnąć.
— W czym możemy pomóc?
— Rozumiem, że wczoraj była rozmowa o mojej pracy. Przyszedłem tylko, żeby potwierdzić, że mój syn mówi prawdę.
Jego ton nie był agresywny. Nie był teatralny.