Depozyt.
Oznaczało to konieczność wszczęcia postępowania prawnego.
Umowa.
Dokumenty.
To nie była zwykła kradzież.
Marco coś robił.
Ale co?
Następne dwa dni upłynęły niczym ciężka chmura wisząca nade mną.
Marco nadal udawał, że jest chory.
I cały czas obserwowałem każdy jego ruch.
Piątek.
Dzień, o którym wspomniał przez telefon.
Tego wieczoru powiedział, że musi na chwilę wyjść.
„Muszę po prostu coś załatwić” – powiedział.
Skinąłem głową.
-W porządku.
Ale gdy tylko wyszedł z domu, od razu złapałam kluczyki do samochodu.
Poszedłem za nim.
Marco zatrzymał się przed budynkiem w centrum miasta.
Mały, zadbany budynek, z tabliczką, na której widniał napis:
Kancelaria Prawna Reye & Santos
Kancelaria prawna.
Poczułem ucisk w klatce piersiowej.
Wysiadł z samochodu i wsiadł.
Zaparkowałem po drugiej stronie ulicy i czekałem.
Po dziesięciu minutach nie mogłem już dłużej powstrzymywać się.
Wszedłem.
W recepcji było cicho.
Podszedłem do recepcjonistki.
—Mam spotkanie z Mistrzem Reyesem— powiedziałem, chociaż nie była to prawda.
Sprawdziła listę.
—Ach… jest już w sali konferencyjnej.
-DZIĘKI.
Poszedłem korytarzem.
I wtedy usłyszałem głos Marca dochodzący z uchylonych drzwi.
—Jesteś pewien?— zapytał mężczyzna, prawdopodobnie prawnik.
„Tak” – odpowiedział Marco. „To jedyny sposób, żeby wszystko zakończyć”.
Stałam jak sparaliżowana przed drzwiami.
„Gdy podpiszesz ten dokument” – powiedział prawnik – „dom nie będzie już na twoje nazwisko”.
-Ja wiem.
—A zdeponowane środki zostaną przekazane Twojej żonie.