— Bo — kontynuowałem — w listopadzie byłem w Jassach u notariusza w sprawie spadku po matce. I patrzcie co… w tym samym czasie ktoś składał te dokumenty w sądzie, z fałszywym podpisem.
Viviana cofnęła dłoń z dłoni Mariusa.
Próbował się roześmiać.
— Co próbujesz sugerować?
Nacisnąłem ekran ponownie. Pojawiło się nagranie wideo z biura firmy. Wyraźnie datowane.
Mariusz rozmawiał ze swoim prawnikiem.
— Ty załatwisz ten podpis, nie obchodzi mnie jak. Musi być gotowy do końca miesiąca. I tak nic nie czyta.
W pokoju rozległ się szept: „Niech Bóg broni…”.
Twarz Mariusa zbladła.
— To wyrwane z kontekstu! — wyjąkał.
— Kontekst jest prosty — powiedziałem. Chciałeś mnie wyrzucić z firmy i ze swojego życia bez mojej wiedzy. Chciałeś domu, kont, wszystkiego. W tym bransoletki mojej matki.
Podszedłem do Viviany. Nie trząsłem się. Nie krzyczałem.