Trafiłam do sali nr 213. Odebrano mi telefon i klucze do domu, który razem ze zmarłym mężem Igorem wykupywałam przez trzydzieści lat, pracując na dwie zmiany w stołówce. W pensjonacie karmiono mnie bezsmaczną kaszą i traktowano jak przedmiot. Ale pewnego wieczoru, grzebiąc w kieszeni starego zimowego płaszcza, znalazłam coś, o czym oni nie wiedzieli.
Był to los na loterię „Gosłoto”, kupiony dokładnie tego dnia, gdy syn wiózł mnie tutaj. Sprawdziłam numery na służbowym telefonie przy dyżurce pielęgniarki, gdy ta na chwilę się oddaliła. Wszystkie sześć cyfr się zgadzało. 62 miliony dolarów.
Nie krzyczałam z radości. Zaczęłam działać.