— Boże, dziękuję Ci, że pokazałeś mi prawdę. Teraz mogę ją opłakać tak, jak należy.
Zapaliła świecę, położyła biały kwiat i została tam aż do zachodu słońca. Gdy wstała, w jej sercu była wciąż rozpacz — ale i spokój.
Wracając, myśląc o twarzy Zosi wytatuowanej na ramieniu młodego mężczyzny, powiedziała sobie w duchu:
„Może Bóg chciał, by żyła dalej w sercu kogoś innego. W ten sposób nigdy nie zostanie zapomniana.”
I po raz pierwszy od ośmiu lat Elżbieta się uśmiechnęła.
Uśmiechem pełnym łez — ale i światła.