Daria wpadła do kuchni, ledwo zdążywszy postawić na podłodze ciężką torbę, z której wystawała szyjka butelki wina musującego. W rękach ostrożnie trzymała duże kartonowe pudełko z tortem. Jej twarz promieniała. Tak długo czekała na ten moment, odtwarzała go w głowie setki razy: jak wejdzie, jak wypowie te słowa, a mama klaszcze w dłonie, przytuli ją, może nawet uroni łzę ze wzruszenia. Wyobrażała sobie, jak usiądą razem przy stole, otworzą wino i ona, dławiąc się ze szczęścia, będzie opowiadać o Andrzeju, o jego niezdarnych, ale tak wzruszających oświadczynach, o ich planach na małe, ale przytulne wesele.
Irina Pietrowna, siedząca przy stole z kubkiem wystygłej herbaty, powoli podniosła głowę. Jej spojrzenie było matowe i zmęczone. Obejrzała córkę obojętnie, przesunęła wzrokiem po pudełku z tortem, zatrzymała się na butelce.
— Gratuluję — powiedziała. Słowo spadło na kuchenny stół głucho, jak mokra szmata. Ani radości, ani zdziwienia. Tylko stwierdzenie faktu.
Daria na moment znieruchomiała; jej promienny uśmiech lekko zadrżał, ale zaraz wzięła się w garść. Pewnie jest zmęczona. Ciężki dzień.
— Mamo, co ty? No chodź, świętujmy! Przyniosłam twoje ulubione „Ptasie mleczko”! I szampana! Zaraz wszystko postawimy na stole, posiedzimy, ja ci wszystko, wszystko opowiem!
Zaczęła się krzątać, stawiając pudełko na stole i wyciągając z torby butelkę. Jej ruchy były demonstracyjnie szybkie i wesołe, jakby próbowała swoim entuzjazmem stopić lodowatą atmosferę, która nagle zgęstniała w tej małej kuchni.