Próbowałem chodzić. Naprawdę. Ale ból w żołądku był jak rozpalone do białości żelazo, skręcające się we mnie.
Zatrzymałem się przy kuchennej wyspie i chwyciłem się granitowego blatu, żeby nie upaść.
„Powiedziałam, ruszaj się!” krzyknęła za mną Sylvia.
Poszła za mną do kuchni. Jej twarz wykrzywiła się w czystej, straszliwej wściekłości. Nie znosiła nieposłuszeństwa. Nie znosiła tego, że podważyłem jej autorytet, próbując usiąść.
„Nie mogę” – wyszeptałam. „Sylvio, proszę… zadzwoń po lekarza”.
„Ty leniwy, kłamliwy bachorze!” krzyknęła Sylvia. „Zawsze chory! Zawsze zmęczony! Jesteś żałosny!”
Rzuciła się na mnie.
Położyła obie ręce na mojej klatce piersiowej, tuż nad sercem i pchnęła.
To nie było delikatne pchnięcie. To było gwałtowne, energiczne pchnięcie, napędzane latami goryczy i okrucieństwa.
Straciłem równowagę. Moje opuchnięte stopy poślizgnęły się na kafelkach.
Upadłem do tyłu.
Czas zdawał się zwalniać. Widziałem, jak wirują lampy sufitowe. Widziałem, jak kpiąca mina Sylwii znika.
Mój dolny odcinek kręgosłupa uderzył w ostrą krawędź granitowego blatu wyspy kuchennej.
PĘKAĆ.
To nie był dźwięk kości. To był dźwięk uderzenia – głęboki i głuchy.
Upadłem z hukiem na podłogę. Moja głowa odbiła się od płytek.
Przez sekundę poczułem tylko szok. Potem pojawił się ból. Nie w plecach. W macicy.
Miałem wrażenie, że coś pękło.
„Aaa!” krzyknęłam, zwijając się w kulkę.
„Wstawaj!” krzyknęła Sylvia, stając nade mną. „Przestań udawać! Nawet nie uderzyłaś się w głowę!”
Wtedy to poczułem.
Gorąco. Wilgoć. Mocząca bielizna. Rozlewająca się po udach.
Spojrzałem w dół.
Na tle nieskazitelnie białych płytek kuchennych Sylvii szybko powiększał się jasny, szkarłatny basen.
„Dziecko…” wyszeptałam. Horror był absolutny. Zalał mnie fala emocji.
Dawid pobiegł do kuchni, a za nim Mark.
„Co się stało?” zapytał zirytowany David. „Usłyszałem huk”.
„Poślizgnęła się” – skłamała bez namysłu Sylvia. „Ale niezdarna! Spójrz na ten bałagan! Krwawi mi na fugę!”
Dawid spojrzał na krew. Nie uklęknął. Nie wołał o pomoc.
Zmarszczył brwi.
„Boże, Anno” – jęknął Dawid. „Nie potrafisz nic zrobić bez dramatyzowania? Mark, przepraszam. Ona… ona przeżywa trudny okres”.
Mark zbladł. „David, jest dużo krwi. Może powinniśmy zadzwonić pod 911”.
„Nie!” warknął Dawid. „Żadnej karetki. Sąsiedzi będą gadać. Właśnie zostałem wspólnikiem; nie potrzebuję raportu o incydencie domowym”.
Spojrzał na mnie. „Wstawaj, Anno. Wyczyść to. Potem pojedziemy na pogotowie, jeśli będziesz krwawić dalej”.
„SOR?” – wykrztusiłam. „David… tracę dziecko! Zadzwoń pod 911!”
„Powiedziałem, wstawaj!” krzyknął David.
Złapał mnie za ramię i szarpnął.
Kolejny strumień krwi. Ból był teraz oślepiający.
Wtedy zrozumiałam, z jasnością, która przebiła się przez mękę, że mu nie zależało. Nie kochał mnie. Nie kochał naszego dziecka. Kochał swój wizerunek. Kochał swoją kontrolę.
Dla niego nie byłam osobą. Byłam dodatkiem.
A mój dodatek się zepsuł.
Drżącą ręką sięgnąłem do kieszeni fartucha. Telefon. Potrzebowałem telefonu.
„Dzwonię na policję” – szlochałam.
Dawid zobaczył, że ekran się rozświetla. Jego oczy zrobiły się czarne.
„Daj mi to!”
Wyrwał mi telefon z ręki. Nie tylko go wziął, ale i rzucił.
Cisnął nim przez kuchnię. Uderzył w przeciwległą ścianę z obrzydliwym trzaskiem i roztrzaskał się na kawałki plastiku.
„Do nikogo nie zadzwonisz” – wyszeptał David, pochylając się nade mną. „Zamknij się. Przestaniesz krwawić. I przeprosisz moją matkę za to, że zepsułaś mi święta”.