Pakowanie czterdziestu lat pięknego życia w tekturowe pudła przypominało mi udział we własnym pogrzebie. Pośrednik nieruchomości
Zatrudniona przeze mnie kobieta spojrzała na mnie, jakbym oszalała, kiedy poleciłam jej wycenę dwupokojowej nieruchomości na bezlitośnie szybką, gotówkową likwidację. Nie udzieliłam żadnych wyjaśnień. Kiedy papierkowa robota się pojawiła, bez drżenia rąk podpisałam się i wpłaciłam ogromny czek kasjerski.
Drugi, o wiele bardziej bolesny etap dotyczył mojego zmarłego męża, Arthura.
Osiem lat wcześniej Arthur zmarł na agresywną chorobę. Zaciekle strzegłam jego spuścizny – jego zabytkowych zegarków kieszonkowych, jego barwnych obrazów olejnych, antycznych mahoniowych mebli, na których polował w weekendy. Przez trzy tygodnie systematycznie sprzedawałam jego zbiory z całego życia ekskluzywnym likwidatorom majątków w całym Bostonie. Każda transakcja była jak żyletka przesuwająca się po moim sumieniu, miniaturowa zdrada. Ale za każdym razem, gdy wręczałam kawałek Arthura, wyobrażałam sobie Emmę wzdrygającą się na widok ekranu telefonu. To wzmacniało mój kręgosłup.
Przeprowadziłam się do ciasnego, wiecznie przeciągłego, jednopokojowego mieszkania w Somerville. Moje artretyczne kolana krzyczały w proteście za każdym razem, gdy pokonywałam trzy piętra nierównych schodów, ale miesięczny czynsz stanowił ułamek moich poprzednich wydatków, a ja potrzebowałam każdego centa, żeby się ogarnąć.
Dzięki dyskretnemu, zaufanemu koledze z wydziału prawnego na moim byłym uniwersytecie, zostałam skierowana do prawniczki Patricii Okonquo, prawdziwego rekina. Działała w spartańskim biurze w centrum Bostonu i specjalizowała się wyłącznie w kosztownych sprawach rodzinnych – chroniąc bezbronne aktywa przed pasożytniczymi, kontrolującymi mnie małżonkami.
Usiadłam naprzeciwko jej metalowego biurka i z trzaskiem rzuciłam grubą teczkę z potwierdzonymi przekazami bankowymi. „Potrzebuję nieruchomości-widma. W Nowym Jorku. W pełni finansowanej, tylko gotówką”.