„Mamo” – wyszeptała, zapierając jej dech w piersiach. „Przegląda obraz z kamery w pokoju. Jeśli wyjdę przez drzwi wejściowe, włączą się alarmy”.
Zamknęłam oczy, wizualizując sobie układ osiedla. „Powiedz mu, że masz ochotę. Powiedz mu, że potrzebujesz konkretnej marki wody gazowanej z marketu na żołądek. Wychodzisz bocznymi drzwiami kuchennymi, prosto na parking sklepu spożywczego. 19:45. Srebrny Civic. Będę stała na biegu jałowym”.
„Jeśli mnie złapie…”
„Nie złapie cię” – skłamałam z agresywną pewnością siebie. „Właśnie dlatego zbudowaliśmy tę fortecę, Emmo. Dziś wieczorem z niej skorzystamy”.
Dokładnie o 19:51 automatyczne szklane drzwi ekskluzywnego sklepu spożywczego rozsunęły się. Emma wyszła na przenikliwe nocne powietrze. Była z pustymi rękami, otulona ciemnym wełnianym płaszczem, z twarzą zasłoniętą przez kolor.
lar. Nie sprintowała – bieg przyciąga uwagę. Szła sztywnym, przerażająco celowym krokiem prosto w stronę pracującej na biegu jałowym Hondy.
Szarpnęła drzwi pasażera, opadła na fotel i zwinęła się w pozycji embrionalnej.
„Jedź” – wykrztusiła. „Boże, proszę, mamo, po prostu jedź”.
Wrzuciłam bieg i przyspieszyłam, wyjeżdżając z parkingu. Przez pierwsze 65 kilometrów we wnętrzu samochodu panowała całkowita cisza, jedynie szum opon i odgłos naszych oddechów. Nasze oczy obsesyjnie wpatrywały się w lusterka wsteczne, przygotowując się na nieunikniony błysk ścigających nas reflektorów.
Żaden błysk się nie zmaterializował.
Gdy przekroczyłyśmy niewidzialną granicę stanu Nowy Jork, sztywna postawa Emmy w końcu się przełamała. Wypuściła długi, drżący wydech, chowając twarz w dłoniach.
„Wyszłam” – szlochała, a rzeczywistość ją przygniotła. „Naprawdę odeszłam”.
„Zrobiłaś to” – potwierdziłem, ściskając ją za ramię. „I nigdy więcej nie zaśniesz pod jego dachem”.