— Porządny zamek. Taki z wyższej półki. Ale prawda jest taka, że nawet najlepszy nie zatrzyma właściciela, który postanowi wejść do własnego domu.
Robert spojrzał na Albinę ze zmęczeniem. Bez gniewu, raczej z czymś przypominającym wstyd.
— Przepraszam. Chyba naprawdę przesadziliśmy.
— Tak. Przesadziliście, — odpowiedziała spokojnie. — Dam wam godzinę na spakowanie się. Kiedy wrócę z pracy, mieszkanie ma być puste.
Wilhelmina ruszyła w stronę sypialni. Nie rzuciła ani słowa. Robert zebrał kilka dokumentów, złożył je do teczki. Nikt nie podnosił głosu, nikt się nie sprzeczał. Milczeli — może z żalu, może z rozczarowania, a może po prostu nie mieli już nic do powiedzenia.
Dwie godziny później Albina wróciła. W mieszkaniu panowała cisza. W korytarzu nie było już butów Roberta. W kuchni nie pachniało kawą Wilhelminy. Na stole leżała mała kartka:
„Wybacz. Przesadziliśmy. Robert i Wilhelmina.”
Złożyła ją starannie i schowała do szuflady. Potem podeszła do okna i otworzyła je na oścież. Letni wiatr wpadł do środka, unosząc delikatnie firanki. Cicho. Spokojnie.
Albina przeszła do kuchni, nastawiła wodę na herbatę. Usiadła przy stole. Czuła zmęczenie, ale i ulgę. To był jej dom. Wreszcie znowu był tylko jej.
Telefon zawibrował. Wiadomość od Elżbiety: