Głos Isabeli był miękki, lecz stanowczy — ten rodzaj stanowczości, który czuje się jak dłoń zaciskającą się na nadgarstku.
— Powiedziałeś, że masz dość ukrywania się. Powiedziałeś, że chcesz przestać żyć w kłamstwie. Powiedziałeś, że chcesz, żebyśmy byli prawdziwi.
Miała rację. Powiedział to wszystko — w chwilach namiętności, po kłótniach z Eleną, po nocach, gdy przekonywał samego siebie, że zasługuje na „więcej”.
Ale rzeczywistość miała ciężar, z którym nie mógł flirtować.
Elena nie była tylko jego żoną. Była powiązana z jego strukturą biznesową, reputacją i stabilnością. Rozwód mógłby być finansowo brutalny — zwłaszcza z rodziną Silveira stojącą za nią, jedną z najbardziej tradycyjnych i wpływowych w Madrycie.
Ricardo przełknął ślinę, zmuszając głos do pewności.
— Tak. Przyjadę po ciebie o ósmej. Załóż tę niebieską suknię z Paryża. Będziesz olśniewająca.
W chwili gdy zakończył połączenie, przyszła kolejna wiadomość.
Elena: „Kochanie, zmieniłam zdanie. Założę złotą suknię — tę, którą zawsze uwielbiałeś. Chcę być dziś dla ciebie idealna.”
Ricardo zamarł.
Elena nigdy nie pytała go o zdanie w sprawie ubrań. Rzadko szukała jego aprobaty w jakiejkolwiek kwestii.
Coś w tej wiadomości było… dziwne.
Wtedy w drzwiach pojawił się jego kierowca, Carlos.
— Proszę pana, samochód jest gotowy. Dokąd jedziemy najpierw?
Pytanie spadło jak wyrok.
Ricardo spojrzał na zdjęcie Eleny i wyobraził sobie Isabelę czekającą w swoim mieszkaniu, oczekującą „zwycięstwa”.
Podjął decyzję.
— Carlos… najpierw pojedziemy po panią Carvallo. Potem na bal.
Poczuł się lekkomyślny, żywy — jak mężczyzna wchodzący w nową historię.
Nie wiedział, że Elena już przepisała jej zakończenie.