— Nie chodzi o zazdrość. Chodzi o poczucie, że zostaliśmy pominięci. Że nasze wysiłki przeszły niezauważone. Że nie jesteśmy traktowani tak samo.
Mama opuściła wzrok. Przez chwilę patrzyła w podłogę, jakby szukała tam odpowiedzi.
— Myślałam… — zaczęła cicho — że wy sobie świetnie radzicie. Zawsze byliście tacy niezależni. Silni. Może za bardzo w to uwierzyłam. Może zapomniałam, że nawet silni ludzie potrzebują czasem wsparcia.
Tata pokiwał głową.
— Tomka zawsze trzeba było prowadzić. Pomagać mu, podtrzymywać go. A wy… wy nigdy o nic nie prosiliście. Więc myśleliśmy, że nie musicie.
Poczułam, jak coś we mnie pęka i jednocześnie łagodnieje.
— Nie prosiliśmy, to prawda. Ale to nie znaczy, że nie potrzebowaliśmy. Potrzebowaliśmy waszego słowa, waszej obecności. Potrzebowaliśmy czuć, że jesteśmy dla was równie ważni.
Mama podeszła do mnie i usiadła obok.
— Przepraszam — wyszeptała, chwytając moją dłoń. — Przepraszam, że tego nie widziałam. Przepraszam, że przez własny strach o jednego syna – zapomniałam, że mam też córkę. Silną, tak, ale wciąż moją dziewczynkę.
Z oczu poleciały mi łzy. Ale to już nie były łzy bólu – raczej ulgi.
— Dziękuję. Dziękuję, że to mówisz — odpowiedziałam cicho.
Andrzej podszedł do Marka i uścisnął go.