Nie winiłam Luke’a. Przeżycie Richarda wymagało specyficznego rodzaju odrętwienia, którego w końcu odmówiłam. Odeszłam z niczym poza starymi przepisami mojej babci i maksymalnie wykorzystaną kartą kredytową. Zaczęłam gotować w wynajętym vanie, pracując na osiemnastogodzinnych zmianach, obsługując firmowe lunche i lokalne imprezy. Mój ojciec nazywał to moim „żenującym małym hobby”. Powiedział swoim znajomym z klubu golfowego, że przechodzę „fazę” i że wrócę na kolana, żeby dostać pracę biurową w jego firmie, kiedy nieuchronnie zbankrutuję.
Kiedy więc sześć tygodni temu grube, złocone zaproszenie przyszło pocztą, moim pierwszym odruchem było wrzucenie go prosto do niszczarki. Było ciężkie, absurdalne i krzyczało o desperackiej potrzebie Sandry, żeby zrobić wrażenie. Ale tam, w prawym dolnym rogu, nabazgranym znajomym, niechlujnym pismem Luke'a, widniała pojedyncza linijka niebieskim atramentem: „Proszę, przyjdź, Maya. Bardzo nam się tam spodobasz”.
To był okruch nadziei. Głupia, desperacka, krucha nadzieja, że może choć na jeden dzień uda nam się odłożyć na bok jad. Może uda mi się stanąć z tyłu sali, patrzeć, jak brat, którego praktycznie wychowałam, składa przysięgę małżeńską i poczuć się częścią rodziny.
Dotarłam na miejsce trzydzieści minut przed ceremonią. Ubrałam się celowo skromnie. Założyłam dopasowaną, granatową sukienkę-obcisłą sukienkę – bez metki, ale uszytą z włoskiego jedwabiu – i upięłam włosy do tyłu. Żadnych diamentów. Żadnych krzykliwych szpilek. Wybrałam kąt w pobliżu rozległej budki fotograficznej, wtapiając się w rustykalną boazerię. Chciałam po prostu być niewidzialna. W pokoju pełnym pawi chciałam być cieniem.