Wtedy zadzwonił mój telefon.
Nieznany numer.
Przez chwilę rozważałam zignorowanie połączenia. Ale coś głęboko we mnie — może instynkt, może rozpacz — nakazało mi odebrać.
— Pani Emma Hayes? — powiedział opanowany męski głos. — Nazywam się David Lin, jestem prawnikiem w kancelarii Lin & McCallister. Przepraszam, że przeszkadzam, ale mam pilne wiadomości dotyczące pani pradziadka, pana Charlesa Whitmore’a.
To imię mnie zaskoczyło. Charles Whitmore? Nie widziałam go od czasów nastoletnich. Był wyrzutkiem w rodzinie — a może to ja nim byłam. Po śmierci rodziców Whitmore’owie całkowicie zniknęli z mojego życia.
— Obawiam się, że zmarł w zeszłym tygodniu — kontynuował mężczyzna. — Ale wskazał panią jako jedyną spadkobierczynię.
Otarłam oczy w niedowierzaniu. — Musi pan się mylić.
Głos Davida pozostał spokojny. — Nie ma pomyłki, pani Hayes. Pan Whitmore pozostawił pani cały majątek — włącznie z własnością Whitmore Industries.
Zamarłam. — Chce pan powiedzieć… Whitmore Industries? Korporacja energetyczna?
— Ta sama — potwierdził. — Jest pani teraz głównym udziałowcem i beneficjentem przedsiębiorstwa wartego miliardy dolarów. Jednak… jest jeden warunek.
Jego słowa zawisły w powietrzu niczym grzmot przed burzą.