Następnego ranka wszedłem do Carter & Co. Jewelers, małego butiku wciśniętego między bank a kancelarię prawną. Mężczyzna w szarej kamizelce podniósł wzrok zza lady — starannie ułożony, może po pięćdziesiątce, z powiększającą lupą zwisającą na szyi.
“W czym mogę pomóc?” zapytał uprzejmie.
“Muszę to sprzedać,” powiedziałem, ostrożnie odkładając naszyjnik.
Ledwo na niego spojrzał — po czym zamarł.
Jego kolor tak szybko się wyczerpał, że myślałem, że zaraz zemdleje. Odwrócił wisiorek na drugą stronę, pocierając drobny grawer przy zapięciu. Potem jego oczy gwałtownie podniosły się do moich.
“Skąd to masz?” wyszeptał.
“To było mojej matki,” powiedziałem. “Potrzebuję tylko tyle, by zapłacić czynsz.”
“Jak nazywa się twoja matka?” zapytał pilnie.
“Linda Parker,” odpowiedziałem. “Dlaczego?”
The man staggered backward as if the counter had shocked him. “Miss… please sit down.”
My stomach dropped. “Is it fake?”
“No,” he breathed. “It’s very real.” With shaking hands, he grabbed a cordless phone and hit speed dial. “Mr. Carter,” he said when someone answered, “I have it. The necklace. She’s here.”
I stepped back. “Who are you calling?”