— Ty nie masz z tym nic wspólnego — Daria spojrzała na niego i w jej spojrzeniu po raz pierwszy zobaczył nie tylko chłód, ale i ciemną, głuchą wściekłość. — Jak zwykle chodzi o Swietę. Ma nowy kredyt, a ja mam go spłacić. Cały. Taki warunek. Albo oddaję jej wszystkie pieniądze, które odłożyliśmy, albo… — uśmiechnęła się bez cienia wesołości — albo nie mam już matki.
Andrzej wysłuchał jej w milczeniu. Nalał do czajnika wody, postawił go na kuchence, wyjął dwa kubki. Jego ruchy były miarowe i spokojne. Nie zadawał głupich pytań, nie proponował jechać i „zrobić porządek”. Po prostu pozwolił jej się wygadać. Daria, nie zmieniając tonu, zrelacjonowała mu całą rozmowę — słowo w słowo.
Nie pominęła niczego: ani obojętnego „gratuluję”, ani zarzutów o luksusowe życie, ani ostatecznego ultimatum. Nie była opowiadaczką, tylko dyktafonem beznamiętnie odtwarzającym nagranie.
Kiedy skończyła, czajnik już zawrzał. Andrzej rozlał wrzątek do kubków, jeden postawił przed nią. Usiadł naprzeciwko.
— Ona naprawdę myśli, że może tak stawiać warunki? Sterować twoim życiem?
— Ona nie myśli. Ona jest tego pewna — odpowiedziała Daria. — Tak było zawsze. Swieta tworzy problem, ja go rozwiązuję. Albo ojciec rozwiązywał, dopóki żył. Po prostu stawia się mnie przed faktem. Ja jestem zasobem. Funkcją. Bankomatem, który ma wypłacać pieniądze na pierwsze żądanie. A dziś ten bankomat postanowił wydać pieniądze na siebie. System się zawiesił.
Upiła łyk gorącej herbaty. Ręce jej nie drżały.
— Wiesz, co jest najbardziej obrzydliwe? — ciągnęła, patrząc w ścianę. — Ona nawet nie zapytała, ile wynosi ten kredyt. Jest jej wszystko jedno. Milion, dwa, dziesięć. Po prostu wie, że mamy pieniądze na ślub. A to znaczy, że mają pójść na Swietę. Bo Swiecie bardziej potrzeba. Jej zawsze bardziej potrzeba.