— Zapiszmy więc. Pomocy potrzebujecie, ale odpowiedzialności za nią ponieść nie chcecie. Słowa o rodzinie to tylko sposób, żeby dostać to, czego wam trzeba. Nic więcej.
Irina Pietrowna w końcu odzyskała głos.
— Żeby noga twoja więcej w tym domu nie postała! — wychrypiała. — Nie mam córki-lichwiarki! Mam jedną córkę — Swietoczkę! A ty jesteś obcym człowiekiem! Wynoś się!
Daria spojrzała na nią po raz ostatni. Długo, uważnie, jakby zapamiętywała. Potem, nie mówiąc już ani słowa, spokojnie odwróciła się i poszła do wyjścia. Nie szybko, nie wolno. Równym, pewnym krokiem człowieka, który podjął ostateczną decyzję.
Drzwi za nią się zamknęły. W kuchni zostały dwie osoby. Matka i córka. Na stole stał nietknięty kubek Swietłany z wystygłą rumiankową herbatą. Problem z kredytem nigdzie nie zniknął. Tylko teraz doszedł do niego jeszcze jeden — w ich małym, dusznym świecie właśnie skończyły się cudze pieniądze. Na zawsze…