I oto mi się udało.
Nie uratowałam tylko dziecka. Uratowałam rodzinę. A on nie powiedział ani słowa.
Łzy zamgliły mi wzrok. „Nie musisz przestać mnie odwiedzać” – powiedziałam. „Proszę… przychodź częściej. Będzie zachwycona”.
Skinął głową, a jego oczy błyszczały. „Twoja żona była jedną z najlepszych osób, jakie znałem. A rozmawiałem z nią tylko pięć minut”.
Nowy rodzaj rodziny
Od tego dnia soboty nabrały zupełnie nowego znaczenia.
Co tydzień siedzimy z Mikiem przy grobie Sary, czasem rozmawiając, a czasem po prostu dzieląc się ciszą. Opowiada mi o życiu Kaylee: o tym, że ma teraz szesnaście lat, jest najlepsza w klasie i pracuje jako wolontariuszka w szpitalu dziecięcym, który kiedyś ją leczył.
W zeszłym tygodniu zabrał ją ze sobą.
Kaylee uklękła przy grobie Sary, położyła bukiet stokrotek i wyszeptała: „Dziękuję za uratowanie mnie. Będę żyć, by być dla ciebie dumą”.
Nie mogłam mówić.