edziałam z uśmiechem. Nie czułam nienawiści, tylko stare zmęczenie, po którym pozostała jakaś czysta cisza.
W ciągu następnych kilku tygodni zaczęłam przeglądać rzeczy. Pudła pełne papierów, faktur, zdjęć. Pozwoliłam, by każde wspomnienie opowiedziało swoją historię. Niektóre wywołały uśmiech, inne bolały. Ale przestałam płakać.
W szufladzie znalazłam stary list od Haralambiego. Brzmiał: „Nigdy nie zapominaj, że dobroć nie jest słabością. Dobre serce potrafi wybaczyć, ale ma też prawo się bronić”. Odchyliłam się na krześle i uśmiechnęłam. Jakby był tam, zaledwie kilka kroków ode mnie.
Pewnego popołudnia poszłam do miasta. Weszłam do małej kawiarni z oknem wychodzącym na morze, gdzie młodzi ludzie się śmiali, a starsi grali w tryktraka. Usiadłam sama, ale nie czułam się samotna.
Kelnerka, dziewczyna z włosami związanymi w kucyk, powiedziała do mnie: „Podobają mi się twoje perfumy, są jak mojej babci”. Uśmiechnęłam się. „To z czasów, gdy kobiety były cierpliwe”.
Zaczęłam tam przychodzić prawie codziennie. Spotykałam ludzi, słuchałam opowieści. Stary rybak powiedział mi, że morze jest jak rodzina: daje ci wszystko, ale zabiera, jeśli go nie szanujesz. Następnego dnia przyniosłam mu sernik. Nie chciał go przyjąć, ale powiedziałam mu, że nie robię tego z litości, tylko z wdzięczności.
Z czasem nauczyłam się żyć inaczej. Nie dla innych, ale dla siebie. Zaczęłam znowu malować, tak jak w młodości. Na płótnach pojawiały się nie kwiaty ani pejzaże, ale ludzie: kobieta uśmiechająca się ze łzami w oczach, dziecko wyciągające rękę, mężczyzna patrzący na morze. Wszystkich ich łączyło coś wspólnego: godność.
Pewnego dnia listonosz przyniósł mi kopertę. Była od Dariusza. Napisana odręcznie. Siedziałam z nią przez chwilę w dłoni, nie wiedząc, czy ją otworzyć. W końcu to zrobiłam.